Na oddziale chirurgicznym

Proza szpitalna. Na okładce człowiek owinięty od stóp do głów całymi metrami bandaży, które kryją wszystko: włosy, twarz, dłonie, zarys sylwetki. Nie wiadomo nawet, czy to kobieta, czy mężczyzna. Tylko gołe stopy w rozdeptanych kapciach wyłaniają się spod tej makabrycznej powłoki. A powbijane w bandaże tkwią strzykawki: siedem cylindrycznych pojemników wypełnionych czerwonym płynem. Proza szpitalna: „w ustępach śmierdzi lizolem”, „siostry nie ma, powinna być na dyżurce, a jest nieobecna bo uprawia seks z lekarzem który sobie właśnie łykną prosenta 600”, „brzęk garów i łoskot talerzy układanych na wózku, którym rozwozi się jedzenie”, rytm lekarskich obchodów, rytuał badań przeprowadzanych przez docenta, dokuczliwa procedura kroplówki, bóle, które zmniejszają się, gdy zmienić bok. Albo i nie zmniejszają, tylko choremu tak się wydaje: w końcu i tak czeka na operację, nie bardzo wiedząc, co mu jest, domyślając się najgorszego, to znów nabierając znowu otuchy. „Docent mówił” - powtarza żona - „żebyś był dobrej myśli. Jesteś jeszcze młody i zabieg musi się udać.” Tylko nie wiadomo, dlaczego potem zaczyna płakać... Pod oddział chirurgiczny podjeżdżają wciąż karetki, na korytarzu tłumek promenujących postaci w szlafrokach, bo ci, którzy czują się względnie dobrze, mają już dosyć leżenia w łóżkach. Czasem ktoś umiera. Proza szpitalna: nic przyjemnego. Sławomir Lubiński nie chciał napisać przyjemnej książki. Co zresztą można napisać o szpitalu?. Powieść środowiskową, książkowy „Szpital na peryferiach”, romans w typie „Doktora Kildare’a”. Można też, jak niegdyś, potraktować scenerię szpitalną nieco symbolicznie, z choroby czyniąc problem filozoficzny. Można ze szpitala zrobić właściwie wszystko, tyle tylko, że akurat do chłodnego, realistycznego opisu jego - z samej istoty bezlitosnej rzeczywistości - zwykłego dnia, z powtarzającymi się regularnie i w jakiś sposób oderwanymi od samej idei choroby i ozdrowienia mechanizmami podawania posiłków, obchodów, mierzenia gorączki - do takiego opisu nikt się jakoś nie rwie. Miejsce, w którym ludzie przychodzą do zdrowia lub umierają, stało się w literaturze egzystencjalnym tyglem. Na tle białych łóżek i szarych ścian rozmawia się zwykle o sprawach ważniejszych niż funkcjonowanie żołądka, czy wątroby. Ale nie oszukujmy się, nie próbujmy być tak szlachetnie wyżsi ponad to, co - w sensie czysto fizjologicznym - dzieje się w naszym wnętrzu. W końcu właśnie fakt, że żołądek, wątroba, czy inny jakiś segment skomplikowanego organizmu, zaczyna odmawiać nam posłuszeństwa sprawia, że w szpitalu wiedzie się owe nie kończące się rozmowy o życiu. Lęk, brak pewności, poczucie bezsiły, piżamowo-szlafrokowa anonimowość a przy tym wrażenie, że na jakiś czas znaleźliśmy się poza marginesem tego normalnego życia, które najspokojniej toczy się za oknem, a z którym - już po pierwszym szpitalnym dniu, po pierwszym obchodzie i pierwszym rozdaniu termometrów, łączy nas tylko automat telefoniczny, najczęściej zresztą i tak przeładowany bilonem: wszystko to, razem wzięte, wyzwala w pacjentach owego demona refleksji. Gdyby tak ktoś bez stylizacji i poprawek spisał kiedyś ich rozmowy! Bohaterowie Lubińskiego to korowód smutnych, żałosnych postaci; ludzie, którzy nie przegrali może życia w dosłownym rozumieniu słowa „przegrana”, ale teraz właśnie zaczynają być świadomi i tego, że także go nie wygrali. Dlatego może ubarwiają swe życiorysy i stylizują je na wszystkie wchodzące w grę sposoby. Jeden buduje patetyczną legendę własnej młodości, latom powojennego entuzjazmu odbudowy, który stopniowo, nie wiadomo jak i kiedy, przeradza się w kwaśną codzienność: mieszkanie, kiedyś wymarzone, okazuje się za małe, żona - za gruba, praca - bezsensowna i jednostajna. Drugi - we własnych słowach - przemienia się w cenionego dziennikarza, specjalistę od spraw międzynarodowych. Mógłby, jak twierdzi, leżeć w klinice Ministerstwa Zdrowia, nosić szlafroki kupione przez żonę, która przebywa na placówce w Brukseli, a w każdym razie przyjechać na oddział chirurgiczny nie tramwajem, ale citroenem, który teraz czeka w garażu, aż jego właściciel wróci do zdrowia. Tyle że bardzo zależało mu na tym, by być „takim samym człowiekiem, jak wszyscy”. Do żony, która odwiedza go czasami, nie przyznaje się, twierdząc, że to redakcyjna sekretarka. Buduje jakby inną własną osobowość, nie wiadomo, czy dla zabawy, czy z wrodzonej mitomanii, czy dlatego, że w oprawie redakcji, citroena i żony na zagranicznej placówce najbardziej się sobie podoba. Dwaj ciężko chorzy, zmęczeni ludzie rozmawiają ze sobą godzinami, ich słowa przeplatają się ze słowami innych, jeden opowiada, jakim to sprytnym sposobem, oszukując lekarza Pogotowia, zdobył miejsce w szpitalu, drugi - stracił w wypadku obie nogi - uczy się nowego rodzaju ruchów, trzeci wypytuje lekarzy, co wolno mu jeść a czego nie, czasem ktoś zwymyśla kogoś, bo jakoś nie tak zachował się w ubikacji, w tle biegają pielęgniarki, salowe, pojawiają się nowi pacjenci... Codzienny szpitalny szmer. Lubiński nie rozkłada go na pojedyncze dźwięki, w jakiś sposób wyodrębniają się one same, towarzysząc i akompaniując okrągłym zdaniom, jakimi przerzucają się jego dwaj główni rozmówcy. Tyle w nich prawdy, co zmyślenia; tyle samo próby wystylizowania, wygładzenia własnego życia, co beznadziejnej wiedzy o tym, jak mało zabiegi te przynoszą. To wydobywa szpital. Sławomir Lubiński pozostaje czujnym obserwatorem. Czy wyłącznie? A jeśli rzeczywiście - czemu to wszystko jest tak tragiczne? Może dlatego, że dzieje się na oddziale chirurgicznym, coraz bliżej sali operacyjnej - a może i nie tylko.

Prosent 600

Prosent

600

Potencja erekcja

Problem_z_rozruchem_silnika

Kolekcja garniturów

Na oddziale chirurgicznym

Atut kobiety

Przyjaciele Prosent 600 dla prawdziwego mężczyzny

Na szczęście mam Prosent 600

Męski świat Prosent 600

SOCIAL MEDIA
facebook twitter

© Prosent 600 the presentation